niedziela, 20 października 2013

You're gonna hear me ROAR!

Minął trzeci tydzień nauki. Powoli acz cały czas, przyzwyczajam się do nowych realiów, które zdecydowanie nie przypominają mi niczego, co działo się w moim życiu do tej pory. Oczywiście nie mogę narzekać, gdyż studiuję to, co chciałam. Kierunek jest ciekawy i bardzo mi się podoba (pierwszy kolos zaliczony!). A przede wszystkim czuję, że ten wybór był właściwy, co jest ważne. Muszę jedynie przywyknąć do tego, że jest inaczej. No cóż, będzie ciekawie.



Jak wiadomo początki nie są łatwe, szczególnie dla mnie. Jak do tej pory, każdy nowy etap w życiu rozpoczynałam z kimś mi bliskim lub w jakimś stopniu znanym. Te osoby czy też ludzie wiedzieli, czego można się spodziewać po mnie i wzajemnie. Poznawanie nowych ludzi, a przede wszystkim adaptacja w nowym środowisku bywa wtedy łatwiejsza. Choć muszę przyznać, że spotkałam się z przypadkami, gdy pewne osoby przez to, iż wkraczały w nowe i  nieznane kręgi ze znajomymi, miały problem w nawiązaniu nowych relacji. Wydaje mi się, że ja nie mam problemu z poznawaniem ludzi... Nie no, zdecydowanie nie mam z tym trudności, jednakowoż nie zawsze jest to dla mnie takie "hop siup". Oczywiste, że lepiej jest rozpoczynać coś nowego ze znanymi twarzami, jednak od października zostałam, że się tak wyrażę, rzucona na głęboką wodę. Moi najbliżsi znajomi rozeszli się po wielu uczelniach, a ja zostałam sama. Jak nigdy. Chociaż może źle się wyraziłam, bo nie zostałam sama, a jedynie rozpoczęłam studia bez przyjaciół. Odkąd skończyłam trzecią klasę liceum, zastanawiałam się, jak to wszystko będzie wyglądać, ale jakoś się tym nie przejmowałam, bo były wakacje. A te wakacje były wyjątkowo długie, pierwszy i ostatni raz w życiu, a także bardzo intensywne. No i kiedy już przyszła pora na rozpoczęcie studiów, to dopiero wtedy zdałam sobie sprawę jak bardzo byłam przywiązana do moich przyjaciół. Dwanaście lat przyjaźni, dwanaście lat "siedzenia w jednej ławce" i kurczę, cholernie trudno jest się przyzwyczaić, że moja przyjaciółka jest gdzieś daleko. Ale jestem dzielna i daję radę, bo tak po prawdzie to nie mam innego wyjścia ;)
W każdym bądź razie, może zabrzmi to jako przechwalanie się, ale jestem z siebie zadowolona, ponieważ świetnie sobie radzę towarzysko. Jakiś czas temu rozmawiałam z moją kuzynką właśnie na temat początku na uczelni. Doszłyśmy wspólnie do wniosków, że właściwie nie ma się, co dziwić, że dobrze sobie radzę, bo jestem bardzo otwarta i towarzyska. To jest prawda, choć moje swobodne zachowanie czasem jest wyzwaniem. A jeśli jest wyzwaniem, a ja sobie z tym radzę, zwalczam swoją niepewność i przełamuję stereotypy, to czyż nie jestem fighterem na Pantherze? Wonder Woman walczyła ze złem, ja jestem samozwaną Wonder Woman, ale to do czegoś zobowiązuje, bo przecież nie mogę przywłaszczyć sobie tego miana ot tak. Samo moje życie zobowiązało mnie do walki, co prawda nie do walki z niegodziwcami, ale do takiej mojej prywatnej potyczki z barierami architektonicznymi i nie tylko oraz stereotypami, a także własnym organizmem ;)

To jest dobry początek. Oby było tak dalej, jeszcze lepiej i ciekawiej. I dziękuję jeszcze wszystkim za wsparcie! Zapraszam do komentowania pod postem, gdyż teraz już każdy może to zrobić, nie trzeba posiadać konta Google+

A tu moje ulubione słowa ostatnimi czasy i fajna piosenka: ROAR!

I got the eye of the tiger, a fighter, dancing through the fire
Cause I am a champion and you’re gonna hear me roar!

Jest moc! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz